Część pierwsza – Rozdział Pierwszy – Mieszkanie

Londyn Drugi Stycznia 2020 roku. Obudziłem się w ponury, szary dzień. Może około szóstej rano a krople deszczu spływały po szybie mojego niewielkiego okna, okazującego rzeczywistość, która nie do końca była przeze mnie zrozumiana. Typowo dla tego kraju, nie widziałem ani jednego płatka śniegu. “Witaj mój przyjacielu” wyszeptałem nagle, odsłoniwszy błękitne zasłony i spojrzawszy się przez okno, lecz nie szeptałem do niego. Tak jakby to ono miało być kimś bliskim, lecz do małego pająka skurczonego na zakurzonej pajęczynie. Może i był mały, ale wręcz przeciwnie był jednym z większych drapieżników w swoim rodzaju i w swoim świecie. Nie odpowiedział do mnie ni słowa, ale wydaje mi się, że mrugnął do mnie swymi maciupeńkimi oczkami, choć mogłaby to być, tylko moja wyobraźnia. Wiem jedno, stał on na straży, do tego co działo się za brama przez niego strzeżona, do świata zwanego rzeczywistością. Na zewnątrz widać było zaśmiecone ulice, był ranek i mnóstwo niepotrzebnych przedmiotów wystawionych do wzięcia za darmo. Na co dzień można było zauważyć pełno ludzi, goniących za czymś, czego tak naprawdę nie potrzebują. Pełne sklepów stojących jeden na drugim, kłócących się o miejsce i niepasujących do siebie ani trochę artykuły, te potrzebne i te trochę mniej zajmujące ludzi złudnymi zakupami, jedzenie, zabawki przeplatane książkami, meblami i ubraniami i zdobione grami komputerowymi, które tak naprawdę najbardziej mnie interesowały, chyba od zawsze, jak sięgam pamięcią. I zapomniałbym wspomnieć, mam siedemnaście lat wiec nie wiele jeszcze widziałem, a większą część życia spędziłem przed komputerem. Przyjaciele czy też koledzy to słowo dla mnie zapomniane, gdyż często się przenosiłem, chociaż to nigdy nie był, mój własny pomysł tylko narzucona wola rodziców a dzisiejszy dzień, był drugim dnie pobytu w tym kraju. Urodziłem się w Polsce, w Warszawie, w mieście pełnym możliwości, spełnionych marzeń, tak jak każda większa metropolia, a mieszkałem już w takich miastach jak Berlin, Amsterdam, Paryż. Każde z tych miejsc różniło się językiem, kulturą i krajobrazem, lecz zawsze nie miało to dla mnie większego znaczenia, gdyż samotność zatapiałem w grze komputerowej, nie za bardzo popularnej, ale darmowej, zwanej the dream po angielsku, powiedzmy sobie szczerze, Łowcy snów. To tam byłem kimś, kim chciałem być. Byłem silnym bohaterem, a najbardziej istotne było to, że byłem kimś ważnym i mogłem mieć przyjaciół „ale czy to przyjaźń” westchnąłem pod nosem, lecz na pewno zapomniałem o problemach, o wiecznych przeprowadzkach, czy też nielicznych znajomych, nie licząc, z iloma straciłem kontakt. Jedyną taką osoba, która została do dziś była Agnieszka, a raczej agnes_82 będąca jedną z lepszych łowczyń snów, ale jako łuczniczka, grała ukradkiem i pokazywała się znienacka, niszcząc przeciwników i znikając gdzieś daleko. Zastanawiałem się kiedyś, jak ona wygląda, ale prawdopodobieństwo poznania kogoś z sieci było wręcz zerowe. Najbardziej pamiętna była chwila, kiedy razem zdobyliśmy unikalny przedmiot, którego już nigdy więcej nie widziałem, gdyż zaginął razem z nią. Przeminęli oboje tak jak piękne sny, spotykające nas wszystkich od czasu do czasu. Moim wielkim sukcesem było pokonanie pomocnika pana snów, co było nie lada wyczynem, jeszcze pamiętam, jak zachowałem najmocniejszy cios, kosztujący wszystkie punkty akcji. Uderzyłem i nastała cisza, wręcz przerażająca, niebo przyciemniało i nie było już błękitne, tylko ciemnogranatowe, a w tle mnóstwo błysków i piorunów, chociaż nie było widać ani jedne chmurki „stop” krzyknął z oddali, jakiś ponury, przerażający męski glos „proszę, oszczędź mojego podwładnego”, nie widziałem kto to i skąd do mnie mówi „kim jesteś? I pokaż się, proszę”… odpowiedziałem, lekko przerażonym głosem, lecz chyba było już za późno, ponieważ mój atak okazał się skuteczny, a przeciwnik rozpadł się na malutkie kawałeczki, tylko najbardziej niepokojący był okrzyk nie bólu, tylko rozpaczy.

“puk, puk” To był moment kiedy właśnie z rana otworzyłem oczy, a ktoś zapukał do moich drewnianych dębowych drzwi, znajdujących się naprzeciwko łóżka “puk, puk “, “wstałeś kochanie?” to była moja mam Elżbietą i pewno woła mnie na śniadanie, które robi zawsze z rana, odkąd pamiętam, a troszkę już żyje na tym świecie. Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, oczywiście nie przeze mnie, gdyż jeszcze nie pracowałem, nie chodziłem do żadnej szkoły. Dopiero kilka dni temu się tutaj wprowadziliśmy, dosłownie z moim oknem na główną ulicę. Przyjechaliśmy w trojkę, razem z moją mamą, o której już wcześniej wspomniałem i tatą Januszem. Wstałem z mojego malutkiego łóżka, zrzucając białą jak śnieg kołdrę na podłogę. Wstałem lewą nogą, jak mój zwyczaj zezwalał i otworzyłem szafeczkę na ubrania, z tego samego drewna jak drzwi. Wyciągnąwszy pierwszą lepszą skarpetkę w dwóch kolorach, zielonym i czerwonym zdecydowałem przyodziać troszkę buntowniczy styl, który był moim ulubionym. Nie tak że nie mogłem znaleźć nic w podobnej kolorystyce, tylko po prostu taką czułem potrzebę. Ubrałem niebieskie bokserki, białą koszulkę i czerwone spodnie, stanąwszy na podłogę, jasną prawdopodobnie sosnową, mój wzrok skierował się na drugi obiekt po lewej stronie. Komputer z lekka zakurzony z braku czasu wynikającego z przeprowadzki. Uruchomiłem go, lecz świst jakiś, albo coś podobnego spowodowało ze moje serce, moja uwaga kierowała się ku oknu, wspomnianym wcześniej. To był jedyny taki obiekt w tym małym pomieszczeniu, ale sam tez nie byłem wielkich rozmiarów, więc wszystko było wręcz idealne. Miałem jakieś 170 centymetrów wzrostu, zgodnie z tym jak ostatnio się mierzyłem kilka tygodni temu. Okno umieszczone było naprzeciwko komputera, wiec szybko znalazłem się u boku drewnianych ramek zbudowanych z podobnego materiału co drzwi, czy też szafeczka na ubrania. Moja niewiedza i ciekawość spowodowały, że rozsunąłem błękitne zasłony i zacząłem spoglądać, co takiego mogło przyciągnąć moją uwagę “co tak naprawdę się wydarzyło” wymawiając te słowa bardzo cicho. Nic tak naprawdę się nie działo, był poranek i nikogo na zewnątrz, a z budynku mojego miałem widok na główną ulicę mojej miejscowości zwanej Hansal. Ani jednej żywej duszy, a oczekiwania w mojej głowie wykreowały coś, nieoczekiwanego. No cóż, na pewno zaskoczeniem było to, że mój przyjaciel pająk gdzieś się schował. Może też z przyczyny, że nie byłem za delikatny w odchylaniu zasłon. Na dworze leżało mnóstwo śmieci z poprzedniego handlowego dnia, czekającego na mężczyznę zbierającego je od dnia, kiedy pojawiliśmy się w tym mieszkaniu. Nie mógł się nudzić, bo znajdowały się one w innych miejscach, a i wiatr nie ułatwiał sprawy “oj musi mieć ubaw” pomyślałem, ale nagle wyłoniła się postać starszego pana, po prawej stronie okna. Pojawiła się tak znienacka. Nie wiem, dlaczego, kiedy i w jaki sposób. Postać ta była zgarbiona, z długą siwą brodą, nie mogłem zauważyć twarzy, gdyż skryta była pod kapturem, czego nie oczekiwałbym od osoby w tym wieku. Starszy podpierał się białą laską i nie jestem pewny czy był on niewidomy, tak przynajmniej pomyślałem na pierwszym miejscu i upewniało mnie to jak o mały włos, potknął się o nierówny chodnik. Taki jeden element wystający, ale cóż to postać ta podniosła puszkę z ziemi, czerwoną puszkę, wiec pewnie pozostałość po wczorajszej imprezie. Zgniótł ją silnym uściskiem, tak w kilka sekund i skierował wzrok w moim kierunku „przecież pan nie widzi!” krzyknąłem, chociaż nie powinienem wyciągać takich pochopnych wniosków, jak troszkę speszony podczas kontaktu wzrokowego sprawiłem chyba jego uśmiech na twarzy. Uśmiech ten przeraził mnie i znieruchomiałem, patrząc na staruszka. „Mogę?” usłyszałem tylko tyle od niego i odwróciłem się przestraszony tak na chwilę, ale gdy odwróciłem wzrok z powrotem, jego już nie było. Tylko jak to możliwe, zakłopotany nie zdążyłem usiąść z powrotem do komputera i nagle usłyszałem kolejne zawołanie od mojej mamy „Adam proszę na dół!” „umyj się, bo śniadanie gotowe!” nagle glos ucichł.

Już wcześniej spodziewałem się, że o śniadanie tutaj chodziło od samego początku. Może troszeczkę za długo zbierałem się do wyjścia z pokoju. Tak zapomniałbym wspomnieć, że mam na imie Adam, ale różnie do mnie mówiono, włączając w to takie przezwiska jak, Rudzik lub Hary od pewnej postaci z książki, bądź też księcia z kraju, w którym się znajdowałem. Ważyłem na dzień dzisiejszy jakieś 70 kilo, co nie było jakąś najlepszą wagą i byłoby znaczniej lepiej gdybym nie zapychał się słodyczami, siedząc przed komputerem. Moja mama po przygotowaniu śniadania zawsze wychodziła do swojej pracy, prawie na cały dzień, a była nauczycielką Polskiego języka za granicą. “Już idę!” odezwałem się do niej, żeby w żaden sposób jej niepokoić. Otworzywszy drzwi, skierowałem się ku lewej stronie, gdzie znajdowała się łazienka. Niestety znowu była zamknięta, co było częstym przypadkiem każdego dnia o poranku. Gdziekolwiek mieszkaliśmy. Korzystał z niej mój ojciec Janusz, który ze względu na swój fach w ręku, pracował jako kierownik budowy. Skierowałem się dalej, do pomieszczenia zwanego salonem, gdzie wszyscy razem mieliśmy spędzać czas przy posiłkach. Odsuwając ogromny stół dębowy, moglibyśmy oglądać programy w telewizji, do których i tak nie przykładałem większej uwagi. Inny kraj, inny język czy też inna tematyka. W pokoju tym oprócz stołu z jednej strony stała sofa, a z drugiej na ścianie wisiał telewizor. Nie duży, może około 32-calowy. Podróżował z nami i wystarczał dla całej trójki. Ściany i sufit błyszczały piękną bielą, odnowione jak przystało na mojego tatę fachowca. Podłoga jasna, drewniana, krótko mówiąc, wszystko odnowione na naszą przeprowadzkę. Niestety jedynym mankamentem było to, ze pokój ten nie posiadał okna. Kolejne drzwi prowadziły do kuchni, gdzie była teraz moja mama. Nagle drzwi te uchyliły się gwałtownie i wyskoczyła zza nich przerażona kobieta. “Spójrz która godzina!” trzymając, dwa talerze krzyknęła, a może jednak tylko z lekka uniosła swój głos. “Spóźnię się do pracy, a ty jeszcze niegotowy na śniadanie” dodała, uniżając ton swojego głosu. Rzuciwszy na stół talerze z gracją kelnerki, znowu zniknęła w kuchni. Oba wyglądały wyśmienicie. Wylądowały one równo przy dwóch krzesłach, umieszczonych w rogu kwadratowego stołu. Nie ukrywam, miałbym wątpliwości co do jakości wykonania, ale wystarczał w zupełności. Nagle wszedł tata. Ogolony z poważnym wyrazem twarzy. Nie był jednym z najprzystojniejszych mężczyzn i chociaż trochę otyły, widać było każdy mięsień, wyćwiczony podczas wykonywania zawodu. Był naprawdę przystojny jak na mężczyznę o ognistych włosach, takich bardziej brązowych niż rudych. Miał około 180 cm wzrostu i drugi podbródek. Mama zaś powszechnie uważana za piękną damę. Blondynka około 175 cm wzrostu, szczupła lekko piegowata, ale piegi te dodawały jej uroku. “Co się tutaj dzieje?”,”Czy matka znowu ma jakiś problem!?” Krzyknął tata, a jak zwykle próbowałem wytłumaczyć mamę. Ostatnie lata często się kłócili o bezlitośnie drobne sprawy tj. na przykład źle ustawione krzesło przy stole. Nie znałem całej prawdy o nich. Wychowywali mnie i mówili mi pewnie to, co chciałem usłyszeć. Nagle drzwi się otworzyły, a mamusia wróciła z kolejnym talerzem, ostatnim przygotowanym dla niej.” Do stołu proszę” Dodała, a na każdej porcji znaleźć można było, jedno żółciutkie jajko sadzone, kromkę chleba z masłem i sałatkę z pomidorków i zielonej sałaty lodowej. Elżbieta szybko prawie połknęła i nie sprzątając, uciekła, trzaskając wielkimi drzwiami, wychodzącymi na korytarz. Straciłem ją z oczu “Trzask” Kolejne drzwi te wejściowe do mieszkania. Podniosłem oczy i spojrzałem prosto na ojca, lecz ten niewzruszony nadal przeżuwał resztki jedzenia. “Jak synu?” usłyszałem, ale sytuacja, której byłem świadkiem, nie dawała mi spokoju “Tato co się dzieje?” zapytałem się zaniepokojonym głosem. “Pewnie spieszyła się do pracy czy coś…nie wiem” Odpowiedź nie była wystarczająca, ale spokojnie skończyłem śniadanie i złożyłem naczynia do niewielkiego zlewu. Zlewu znajdującego się w malutkiej kuchni. Pod nim znajdowały się trzy szafki, gdzie umieszczone były lewej schowek na naczynia, schowek na przybory do czyszczenia i worek na śmieci. Obok zlewu był blat, błękitny z mikrofalówką po prawej stronie, tuż obok czajnika elektrycznego. Oba te przedmioty białe, chyba te najtańsze z możliwych do wyboru. Wynajmowane mieszkanie rządzi się swoimi prawami. Nad tym wszystkim znajdowały się szafeczki z przyprawami i suchym jedzeniem, a obok nich naczynia, sztućce i szklanki za podwójnymi drzwiczkami. Zapomniałbym o zamrażalce i lodówce także w pełnej bieli na samym końcu tego niewielkiego pomieszczenia. Biel szafek i przedmiotów kontrastował z brązową podłogą. Zostawiwszy naczynia, zbierałem się do swojego pokoju, dziękując tacie za wspólne śniadanie. Ten też zniknął za zatrzaśniętymi drzwiami wyjściowymi.

Ja wiedząc, że zostałem sam, wróciłem do pokoju. Na szczęście tam czułem się najlepiej. Usiadłem przy komputerze, a on nie chciał się włączyć. Próbowałem kilkukrotnie, i raz po raz naciskałem przycisk uruchamiający zasilanie. Zaświecił się, a to był tylko jeden świecący element na czarnym tle obudowy mojego komputera. Monitor 24 cale też był czarny. Nagle błysnęło coś bardzo mocno, a ja rzuciłem się stanowczo przestraszony na podłogę. Nie mogłem się ruszyć i czułem się tak jakby, to trwało cała wieczność. “Nie bój się” Nagle usłyszałem głos za plecami. Jakiś starszy, ale miły i łagodny. “Chciałbym z tobą porozmawiać…potrze…potrzebuje twojej pomo…pomo…cy” Zerwałem się gwałtownie “mojej?” krzyknąłem, pytając zarazem. Zerwałem się z podłogi zimnej albo cieplej, nie byłem tego w stanie określić z emocji, jakie opanowały moją osobę. To było straszne uczucie, które opanowało mnie w kilka sekund. Rozejrzałem się i niczego dziwnego nie ujrzałem. Zauważyłem tylko niebieski obraz na moim monitorze. No typowy zrzut pamięci podobny do sytuacji, w jakiej się znalazłem. Tak jakby to była jakaś wiadomość, która probowała się do mnie przedostać. Po chwili wróciła mi realna świadomość, z której wynikało to, że coś po prostu poszło nie tak i nie zastanawiając się za długo, po prostu uruchomiłem komputer kolejny raz. Tym razem z uśmiechem na twarzy wszystko przeszło normalnie, bez żadnych zakłóceń. Uruchomiłem moją ulubioną grę nazywającą się “Sen” “The Dream” po angielsku. W grze tej wcielałem się w zwykłego człowieka o wymyślonym wyglądzie. Dokładniej mogłem być mężczyzną i kobietą o różnym wyglądzie. Mogłem posiadać profesje, których sobie nie wymarzyłem w moim życiu. Mogłem być wojownikiem, łucznikiem, złodziejem czy też magiem a każda z tych postaci posiadała tabele rozwoju i umiejętności. Z przyzwyczajenia wybrałem tego pierwszego o złotych długich włosach około 180 cm wzrostu lekko otyłego, ale z zarysowanymi mięśniami. Hmm teraz zastanawiam się, czy wzorem był mój tata? Czy też szukam wzorów w rodzicach? Może można było znaleźć odrobinę prawdy w tych przemyśleniach. W białych majtkach stanąłem naprzeciwko dziwnej skały, dwa razy większej od mojej postaci. Nagle skała ta zaczęła się kruszyć na pół, a w szczelinie powstałej pomiędzy pojawiła się błękitna aura. Wszystko się zatrzymało, a aura nadal falowała w miejscu. Zaczęły zbierać się ciemne chmury. Dziwne to było i wyglądało jak jakiś nowy dodatek do gry lub poprawka bądź też łatka. Mnóstwo jest określeń na takie sytuacje. Wracając do tematu, zawsze było tam tylko błyszczące słońce na błękitnym niebie. “zzzzz…zzzzz…” Nie zdążyłem kliknąć myszką, a tutaj zrobiło się czarno. Nic kompletnie na ekranie. Czyżby znów jakiś błąd? Zacząłem ruszać nią, ale kursor zniknął. Naciskałem dwa przyciski na górze, kółeczko pomiędzy jak i zacząłem nim poruszać do przodu i do tyłu. Naciskałem każdy z ośmiu przycisków umieszczonych po lewej stronie. Mocniej i mocniej i nic kompletnie się nie działo. Nagle poczułem zimno i ciepło zarazem na moim ramieniu. Zsunąłem się z krzesła też czarnego. Ach komputer pięknie komponował się kolorystycznie wraz ze wszystkimi komponentami. Zsunąłem się na podłogę. “Nie bój się” Nie potrafiłem przestać się trząść. Spojrzałem się lekko w lewo i ujrzałem błękitny kryształ błyszczący tak pięknie jak aura w kształcie błękitnej wody, którą ujrzałem wcześniej pomiędzy skałami. “Sen jest tuż…tuż” Usłyszałem nagranie, które było umieszczone w mojej komórce. Tak mojej, bo w tym wieku już taką posiadałem. Był to prosty telefon tak, żeby tylko odbierać i dzwonić na przykład do rodziców. Musieli się o mnie martwić. Zgadnijcie jakiego koloru. Z podłogi przeskoczyłem na łóżko gdzie leżała moja komórka. Nie odwracałem się, nadal będąc w strachu. To była moja mama, ale kogo mogłem się spodziewać, patrząc na liczbę znajomych. Odebrałem…”Nie…szzzzz…nie…szzzzz…nie wchodź…trzask” To było coś strasznego tak jakby męska wersja kobiecego głosu. Przestraszony upuściłem telefon na podłogę, a on rozpadł się na kilka części. Ja unieruchomiony nie wiedziałem co zrobić. Bałem się wszystkiego, co mnie otaczało, chociaż wydawałoby się, ze nic takiego nie powinno mieć miejsca. Złapałem za kołdrę i przykryłem się nią. Zbudowałem swoje schronienie. Chroniłem się, przed czymkolwiek co to miało być. Zmieszany tak jakby trząsłem się, bojąc wynurzyć moich zapłakanych oczu. Zostałem za zasłoną, którą wcześniej zbudowałem. Poczułem się pewniej i wynurzywszy się, zastałem pokój wyglądający zupełnie tak samo jak zwykle. “Puk…puk” nagle usłyszałem pukanie do drzwi “Kto tam?” zapytałem.

1 – DALEJ

One thought on “Sen

Dodaj komentarz